Germersheim,  24 listopada 2015 roku


To był bardzo udany wieczór. 
W sali 384 Uniwersytetu w Germersheim (Nadrenia-Palatynat nad górnym Renem), było bardzo polsko – odbyła się projekcja filmu pt. „Solidarność według kobiet”. Organizatorką tego spektaklu była pani profesor Renata Makarska z Instytutu Slawistyki na Wydział Lingwistyki Stosowanej i Kulturoznawstwa. Przedstawiła licznie zebranej publiczności reżyserów i twórców filmu – panią Martę Dzido i pana Piotra Śliwowskiego. Ich dzieło, pełnometrażowy film o kobietach „Solidarności”, przeniósł nas w te, już dość odległe, czasy. Pani Marta, jak sama o sobie mówi, dziecko „Solidarności”, urodziła się w 1981 roku. O tym zrywie narodowym, o ludziach z tamtych czasów wiedziała tylko z opowiadań swoich bliskich, znajomych, z historii. Chociaż akurat historia, której uczyła się w szkole, dała jej tylko zarys tej wiedzy: strajki, Wałęsa, porozumienia, zdjęcia sprzed bramy stoczni. Ogólny zarys, jednoosobowy, męski. Interesowało ją jednak coś więcej. Dlaczego na licznych zdjęciach, które odnalazła w archiwach, jest wiele kobiet, które z czasem zniknęły z pola widzenia? To one od samego początku odegrały znaczącą rolę. O kobietę, Annę Walentynowicz, rozpoczął się przecież pierwszy strajk. Gdy po trzech dniach Lech Wałęsa odwołał strajk, gdyż osiągnięto już pierwotny cel: powrót do pracy Anny Walentynowicz i Lecha Wałęsy, oraz ustalono podwyżkę płac, trzy kobiety - Anna Walentynowicz, Alina Pieńkowska i Ewa Ossowska - powstrzymały wychodzących robotników inaugurując jednocześnie pierwszy strajk solidarnościowy. Apelowały o zajęcie się również sprawami licznie zebranych, popierających ich strajk, przedstawicieli innych, mniejszych zakładów pracy z Henryką Krzywonos na pierwszym planie. To dzięki nim i ich stanowczej akcji na bramie stoczni zakiełkowała „Solidarność”. Również w czasie stanu wojennego przede wszystkim kobiety pracowały w podziemiu. Mężczyźni byli internowani, ktoś musiał przejąć tę pracę – mówiły skromnie. Kobieta, Ewa Kubasiewicz, dostała najwyższy wówczas wyrok – 10 lat więzienia za… ulotkę konspiracyjną. Jadwiga Pieńkowska ukrywała się 9 lat, gdyż jako jedyna ścigana była listem gończym. Rozgłośnię mazowiecką „Radia Solidarność” założyły i prowadziły kobiety. Można tak długo jeszcze wymieniać. Pytanie rodzi się jednak już przy okrągłym stole: gdzie podziały się te wszystkie kobiety gdy dochodziło do przejmowania władzy? Otóż przy okrągłym stole zasiadła tylko jedna kobieta (!), Grażyna Staniszewska. Obrady, podpisywanie porozumień, dokonywanie historycznego przewrotu, okazało się męską sprawą. No może nie tak do końca, zezwolono kobietom na bieżąco pisać artykuły, zdawać relację z toczących się obrad.
Autorka filmu, Pani Marta Dzido, odnalazła wiele z nich. Jeździła za nimi ze swoją ekipą filmową po całej Polsce, jak i po Europie. W filmie zadaje im pytania: Gdzie podziały się tamte waleczne kobiety? Jak potoczyłyby się losy naszego kraju bez ich ówczesnego zaangażowania? Czy same zrezygnowały ze współpracy oddając wszelkie stery swoim kolegom? Czy może nie czuły się na siłach podjęcia tego wyzwania? Czy to głęboko zakorzeniona w naszym społeczeństwie rola kobiet, które wspierają tylko swoją pracą mężczyzn ich otaczających?...
Wspaniale zrobiony film, wspaniałe bohaterki, wspaniała powtórka z historii. Nie brakuje w nim tempa, ani napięcia. Stopniowo odsłaniają się tajemnice bohaterek. Postać Ewy Ossowskiej, wątek przewijający się w trakcie całej fabuły, po mistrzowsku odsłania nam historię Polski ostatnich trzydziestu paru lat, umożliwia spojrzenie z innej, kobiecej perspektywy. Dzięki temu filmowi niektóre kobiety tamtych dni zostały odsłonięte zza woalu zapomnienia.


===========================================================================



Szczecin, 19 – 21 lipca 2015 roku


To już czwarty rok z rzędu ogłoszono w Szczecinie wyniki Konkursu Literatury Kobiecej „Gryfia”. Tegorocz-ną laureatką jest Ewa Winnicka i jej książka "Angole". Jak każdego roku finałowi konkursu towarzyszą Targi Książki. Miałam przyjemność uczestniczyć w tych Tar-gach, już po raz trzeci. Towarzystwa dotrzymała mi tym razem młoda szczecińska poetka – Ania Jakubczak. Spędziłyśmy wspaniałe trzy dni w „Miasteczku Literac-kim” w samym centrum Szczecina przy Placu Lotników. Pogoda wprawdzie nie dopisała, było zimno i deszczowa, ale Szczecinianie nie zawiedli – atmosfera była gorąca.

Wystawiałam książki pod wspólnym hasłem „Poezja i proza emigracyjna”. Znalazły się więc, poza moimi, również książki z serii „Wierszobranie” – antologie poetów piszących na emigracji, jak i opowiadanie Piotra Krzymienieckiego, szczecińskiego pisarza i poety od 20 lat żyjącego w Hamburgu. Także Ania Jakubczak zaprezentowała tomik swojej poezji. Zainteresowanie było bardzo duże. Czytelnicy coraz bardziej interesują się tematyką emigracji, czego wyrazem była chociażby laureatka tegorocznego konkursu – zbiór reportaży o Polakach w Wielkiej Brytanii.

Poznałyśmy wraz z Anią wspaniałych ludzi, nawiąza-łyśmy ciekawe kontakty, przeżyłyśmy piękne, owocne – choć zapłakane deszczem - trzy dni ukoronowane galą laureatów w Sali Kinowej Starej Rzeźni.

 

 

===========================================================================



Szczecin,12 – 14 lipca 2015 roku

 

Coroczne Dni Morza! Tym razem literacko. W Starej Rzeźni na Łasztowi zagościli szczecińscy literaci. Punktem kulmina-cyjnym była promocja antologii marynis-tycznej pt. „…z ziemi i z morza”. To kolejna książka z serii AKCENT a w niej wiersze oraz proza szczecińskich literatów – marynistów.

 

Z Prawobrzeża, spod Starej Rzeźni na Łasztowni, roztacza się najpiękniejszy widok na panoramę Szczecina: na Wały Chrobrego, Starówkę, Zamek Książąt Pomorskich oraz wspaniałe żaglowce przycumowane przy Bulwarach. Jest również Kącik Literacki – "Morska Czytelnia" - plażowy domek w którym na półkach leżą książki do poczytania a na piasku przed domkiem kosze i leżaki plażowe gdzie można posiedzieć i poczytać…

 

 

===========================================================================



Szczecin, 31 maja 2015 roku

 

To już kolejne spotkanie „Pod Platanami”. Wspaniała pogoda, więc i spacerowiczów wielu. Z radością stwierdzić trzeba, że zainteresowanie książką rośnie z roku na rok. Stoisko Szczecińskiego Związku Lite-ratów Polskich cieszyło się równie dużym zainteresowaniem jak i pozostałych wys-tawców grup pozarządowych. Szczególnym zainteresowaniem cieszyła się seria wy-dawnicza „Akcent”, która ma w swoim dorobku już blisko 30 wydanych książek. Do nabycia tego dnia były liczne książki szcze-cińskich pisarzy i poetów, którzy cały dzień uczestniczyli opowiadając o swoich książkach czy udzielając autografów.

 

 

=======================================================



 

 

 

 

 

 Szczecin, 21 maja 2015 roku

 

„Namaluj mnie” – to kolejny tomik poezji Róży Czerniawskiej-Karcz, ekfrazy, czyli piękne wiersze do kobiecych portretów na-malowanych przez Vermera.

 

 

Wieczór autorski, który przeniósł słuchaczy nie tylko w świat przepięknej poezji, ale również w świat doskonałego malarstwa. Spotkanie z Różą Czerniawską-Karcz, wie-loletnia prezeską Szczecińskiego Oddziału Związku Literatów Polskich, poprowadził Rafał Podraza.

 

 

=======================================================



Gdynia, 16 maja 2015 roku


Oficjalne otwarcie „Muzeum Emigracji” w starym Dworcu Morskim w Gdyni. Jechałam na tę imprezę ponad 1300 km, ale była to jedna z najważ-niejszych imprez w moim życiu. Udało mi się „Połączyć historię”. Bardzo trafne określenie, pod tym hasłem odbywały się całe uroczystości, ale dla mnie miało to wyjątkowe, osobiste znaczenie. Reprezentowałam swoją obecnością nie tylko Polo-nię z Niemiec, ale spełniłam w pewnym sensie ma-rzenia mojej babci – Romany Turońskiej, która z tego właśnie Dworca Morskiego w sierpniu 1939 roku po raz ostatni wypłynęła z Polski na pokładzie „Batorego”. To tutaj moja mama ostatni raz żegnała swoją mamę nie wiedząc, że nigdy więcej się nie zobaczą. Obydwie dawno już od nas odeszły. Największym marzeniem mojej babci było wrócić do portu macie-rzystego, do Gdyni. I dopiero mnie udało się, byłam w swoim, ale i w JEJ imieniu. Nie mam po Niej wielu pamiątek, ale moja mama przekazała mi kiedyś Jej broszkę, jedną z nielicznych pozostałości. Miałam ją w Gdyni przypiętą na sercu mając ciągle świadomość Jej bliskości, a w ręku ściskałam „Tułacze losy” – wspomnienia o niej – książkę, którą podarowałam do zbio-rów muzealnych. To tak, jakbym zawiozła JĄ samą do Gdyni, jakby wróciła wreszcie z tułacz-ki do portu macierzystego odnajdując swój wieczny spokój…


Poniżej moja relacja, artykuł, który ukazał się w numerze 11(458) dwutygodnika "Samo życie"



=======================================================



Szczecin, 15 maja 2015 roku

 

W Książnicy Pomorskiej w Sali pod Piramidą 15 maja odbył się wernisaż niezwykłej wystawy malarstwa. Mój ulubiony szczeciński malarz Przemysław Cerebież-Tarabicki wraz z Jarosła-wem Eysymontem oraz Maciejem Woltmanem zorganizowali wspólną ekspozycję, którą nazwali „Trzy kolory”. Nie byłam wprawdzie na werni-sażu, ale kilka dni później odwiedziłam Książnicę. Bez tłumu gości, w spokoju mogłam podziwiać prezentowane obrazy.

Czarno-szaro-białe sylwetki symbolicznie zawie-szone w kolistej, wirującej przestrzeni Woltmana zdominowały błękitną strefę. W żółtej strefie czarowały i przyciągały uwagę kolorowe, żywe, abstrakcyjne kompozycje Eysymonta. Natomiast moją największą uwagę pochłonęły obrazy Przemysława Cerebieża-Tarabickiego w trzecim, czerwonym sektorze. Jego barwne, prowoka-cyjne często w temacie, aczkolwiek perfekcyjne w przekazie obrazy zawsze budziły mój zachwyt. Realistyczne, mistrzowsko dopracowane, z trój-wymiarowymi wręcz efektami „do dotknięcia”, w czystych, żywych kolorach. Figury, kształty, symbole, dualizm – jego ulubiony temat, podobnie jak wizje, lęki, marzenia z charak-terystycznym horyzontem , za którym kryje się niewiadome… Wspaniałe obrazy, wspaniała cała wystawa.

 

 

A tak o tej wystawie napisała kurator ekspozycji, historyk sztuki Maria Łopuch:

 

(...)

„TRZY KOLORY. Ikonosfera Przemysława Cerebieża-Tarabickiego, Jarosława Eysymonta i Ma-cieja Woltmana

Świat pełen jest barw. Wszak barwa jest wrażeniem wzrokowym wywołanym falami światła. W feerii barw triada kolorów zajmuje miejsce szczególne. Stanowi ją czerwony, żółty i nie-bieski. Te trzy kolory zwane są podstawowymi, ponieważ służą do tworzenia kolorowej tęczy barw.

Czerwień jest kolorem bogów i władców, zwłaszcza przybierając odcień purpury. Symbolizuje odwagę, energię i zapał, będąc przecież kolorem miłości. Czerwień jest kolorem Przemysława Cerebieża-Tarabickiego z jego faustowską wyobraźnią. W zgeometryzowanych formach doty-ka on bowiem rzeczy tajemnych, obserwując je profilem własnego oblicza.

Żółcień, ulubiony kolor Konfucjusza symbolizuje intelekt i radość tworzenia. Pozytywna ener-gia zawarta w blasku słońca jest cechą kolorowych abstrakcji Jarosława Eysymonta. I chociaż artysta malarz tworzy w samotności kontakt z ludźmi daje mu siłę i optymizm płynący z ob-cowania z odbiorcami jego obrazów. Dlatego żółty jest kolorem Jarosława Eysymonta.

Kolor niebieski utożsamiany jest z błękitem nieba, bezkresem oceanu, niczym nieograniczo-ną przestrzenią i wolnością. Kosmos świata i mikrokosmos człowieka są niebieskie – dziewi-cze i nieogarnione, szczere i stałe w swej trwałości. W malarstwie Macieja Woltmana człowiek stanowi centrum świata, tęskniąc za matematyczną doskonałością wszechświata. Niebieski jest więc kolorem Macieja Woltmana.

 

Trzy kolory, trzy indywidualności twórcze, cała ikonosfera. Łączy ich jedno. Sztuka przez duże S, bez blagi i taniego blichtru, zbytniej łatwości i pustki. Warsztatowo biegła zaś artys-tycznie znakomita”. 

 

Poniższe zdjęcia pochodzą z galerii zdjęć Książnicy Pomorskiej w Szczecinie.

 

 

 

=======================================================



Szczecin, 25 lutego 2015 roku


Na portalu "Szczecin czyta" opublikowany został wywiad jaki przeprowadziła ze mną Pani Monika Wilczyńska - zapraszam do lektury


Pamiętnik z szuflady – rozmowa z Danutą Słowik

15W maju 2011 roku ukazała się w Szczecinie książka Danuty-Romany Słowik – „Tułacze losy”. Poniżej rozmowa z Autorką.

Książka składa się z dwóch części. Pierwsza z nich to pamiętnik Pani babci – Romany Turońskiej. Druga część jest autobiograficzna. Kim była Pani Babcia? Dlaczego postanowiła Pani opublikować Jej pamiętnik?

W połowie lat trzydziestych 20 wieku, w Warszawie, matka wychowująca 2 dorastające córki nie miała zbyt wielu możliwości zarobienia odpowiedniej sumy, aby zabezpieczyć im godne życie. Pisanie drobnych opowiadań dla dzieci czy granie na pianinie w niemych kinach, nie zapewniało wystarczających dochodów. Wówczas zaczęła prężnie rozwijać się Gdynia – polskie „okno na świat”. Wyczytała w gazecie warszawskiej, że GAL (Gdynia America Line) szuka nowych pracowników do obsługi statków pasażerskich. Pojechała; po kursach PCK i szkoleniach medycznych w Szpitalu Morskim zaczęła pracę jako „siostra okrętowa” – początkowo na „Kościuszce” potem na „Batorym”. I tak zaczęła się największa przygoda jej życia. Niestety, bez happy end’u. Wybuch wojny zastał ją na Atlantyku. 4Dotarła w końcu do Europy, pracowała w Polskim Szpitalu Wojskowym w Szkocji i to tam właśnie spisała swoje pamiętniki. Potem nadszedł upragniony koniec wojny, ale niestety nie dla wszystkich. Ci, których zawierucha wojenna rzuciła na Zachód byli zdaniem władz socjalistycznych po złej stronie. Ich powrót do kraju był wręcz niemożliwy – to nie ten szpital, to nie ci alianci, to nie ten front. Kiedy w 1956 roku zapowiadało się na lekką odwilż polityczną, było już za późno, nie zdążyła, zmarła w Manchesterze w 1957 roku. Do Szczecina dotarły pamiątki po niej – albumy zdjęć i ten wspaniały pamiętnik. Niestety, wydrukowanie tych wspomnień okazało się również niemożliwe. Na tak „wrogą propagandę” nie godziły się żadne socjalistyczne władze, żadne ówczesne wydawnictwa, nawet te po „odwilży”. Pamiętnik trafił więc do szuflady.

Jak długo tekst leżał w szufladzie?

Ponad 50 lat. W międzyczasie, po „Grudniu’70”, moja mama wspomniała znowu te pamiętniki. Powiedziała, że chyba już nigdy nie27 dożyje czasów kiedy będzie możliwe opublikowanie pamiętników babci. Wtedy już byłam na tyle dorosła, że rozumiałam co przez to rozumie. Obiecałam jej, że jeśli ja kiedyś takich czasów dożyję, to z pewnością zajmę się tymi pamiętnikami. Ponownie dotarły do moich rąk w 1999 roku po śmierci mojej mamy, czyli 52 lata od ich napisania.

Siostra Romana nigdy nie powróciła do kraju. Nie było Wam dane się spotkać. Mimo to, czuję się ogromną więź między babcią a wnuczką.

Ogromnie żal mi, że nie miałam okazji poznania jej osobiście. Jednak mimo odległości, była mi bardzo bliską osobą. Kiedy do domu przychodził listonosz podskakiwałam z radości wiedząc, że to paczka od „babci z Anglii”. Wspierała naszą rodzinę jak tylko mogła, ale dla mnie najcudowniejsze były lalki, które chodziły… Mimo młodego wieku zdawałam sobie również doskonale sprawę, że w mojej ciężkiej chorobie właśnie jej zawdzięczałam leki przysłane samolotem Czerwonego Krzyża „zza żelaznej kurtyny”. Zawsze za nią tęskniłam.

Pani babcia była wyjątkową siostrą. Lubiana i szanowana. Wrażliwą na muzykę i słowo.. Pisała wiersze dla swoich pacjentów i o swoich pacjentach! Te często dowcipne wersy to zapis tamtych dni i barwne portrety ludzi, których spotykała. Wydaje się, że bycie siostrą okrętową było dla niej obowiązkiem, pracą a jej artystyczna dusza rwała się do innych zajęć…

Myślę, że w pewnym sensie tak. Władała biegle kilkoma językami, grała na fortepianie, dawała koncerty muzyki poważnej – przede wszystkim Chopina, pisała wiersze, krótkie nowele, bajki dla dzieci. Była osobą bardzo inteligentną, wykształconą, ale i bardzo wrażliwą. Wybór zawodu pielęgniarki spowodowany był okolicznościami życiowymi, lecz jestem przekonana, że bardzo szybko odnalazła się w tym zawodzie. Swoim pacjentom oddała całą swoją duszę, darzyła ich empatią, pomoc chorym, słabym ludziom stało się jej prawdziwym powołaniem. Chyba ogromną satysfakcję sprawiało jej poza opieką czysto medyczną, organizowanie imprez, dawanie koncertów fortepianowych czy recytowanie wierszy, układanie przedstawień teatralnych zarówno na pokładzie transatlantyków, czy też w kaplicy szpitalnej w „Szpitalu w zamczysku”. Kto wie, gdyby nie trudna sytuacja rodzinna, wojna, to może nigdy nie byłoby „Siostry Romany”, ale tak potoczyły się losy i dzięki temu w swoim zawodzie pielęgniarskim spełniła się w całym tego słowa znaczeniu.

7W swoim pamiętniku, który napisała pracując już na lądzie w Szpitalu Wojskowym w Szkocji, skupia się głównie na pracy i ludziach z którymi przebywa na co dzień. Opisuje zawarte przyjaźnie, pacjentów, choroby, śmierć dorosłych i dzieci. Ciekawe czy siostra Romana przypuszczała, że te zapiski ujrzą światło dzienne?

Zdecydowała się do napisania tych pamiętników na prośbę umierającego pacjenta, któremu wieczorami, po dyżurach opowiadała o wspaniałych podróżach. Boni, ten właśnie chory pacjent, prosił o książkę o tych podróżach, o pacjentach „Szpitala w zamczysku”, o siostrze, która mu o tym wszystkim opowiadała. Pragnął, aby też inni, szczególnie ci, którzy przeżywali wojnę w Polsce, dowiedzieli się wszystkiego o ich tułaczych losach. Broniła się, nie chciała pierwotnie wracać do bolesnych wspomnień, do rozłąki z rodziną, ale napisała. Przypuszczam więc, że zamierzała również wydać tę książkę w Polsce, po wojnie, dokąd zawsze pragnęła powrócić.

W drugiej części książki poznajemy historię Pani życia. To krótka autobiografia. Wiele Was łączy. Pani babcia pomagała chorym i wiele lat spędziła na szpitalnych oddziałach. Pani poznała ten świat z zupełnie innej strony – jako pacjentka…

Tak, życie mnie nie oszczędziło. Gdy w 1956 roku w Szczecinie wybuchła epidemia choroby Heine-Mediny, miałam zaledwie 4 latka. Byłam sparaliżowana od pasa w dół. To, że dzisiaj chodzę zawdzięczam wspaniałej opiece lekarskiej, ale przede wszystkim błyskawicznej pomocy mojej babci. To ona, na rozpaczliwe telegramy mojej mamy, zorganizowała cudowną wręcz przesyłkę leków, które w Polsce były wówczas niedostępne. Z choroby wyleczono mnie prawie całkowicie, chociaż jej skutki odczuwałam niestety całe życie. Przebywałam w różnych szpitalach i obserwując pracę całego personelu medycznego bardzo często myślami wracałam do mojej babci. Czasami marzyłam, że to właśnie ona nachyla się nade mną.

Pani również pisze wiersze. Czy to tradycja rodzinna?

8Nigdy nie poważę się mierzyć z nią w układaniu wierszy, chociaż muszę przyznać, że pisanie ich zawsze mnie pociągało. Czy mam to po niej? Zupełnie prawdopodobne, od dzieciństwa często zaglądałam do jej pamiętnika a tam były przecież jej wiersze. Z pewnością jej styl pisania inspiruje mnie, lubię – podobnie jak ona – moimi wierszami opowiadać historię, piszę wprost, używam – podobnie jak ona – mało metafor, układam w rymy to, co bezpośrednio mam do przekazania. Wiele moich jak i jej wierszy przeplatanych jest humorem, chociaż obydwie lubiłyśmy również przenosić się w nostalgię.

Los płata figle…Pani babcia nie mogła wrócić do kraju choć bardzo tego pragnęła. Pani z Polski wyjechała.

To właśnie nazywam paradoksalnym wręcz zrządzeniem losu: Z tego samego właściwie powodu, powojennej sytuacji politycznej w kraju, zarówno babcia nie mogła wrócić do Polski, jak i ja musiałam ją opuścić. Jakie to szczęście, że czasy wreszcie się zmieniły i przynajmniej ja mogę w każdej chwili przyjechać z powrotem do Szczecina.

Przez wiele lat mieszkała Pani w Szczecinie. Pobyt tutaj to prawdziwa lekcja historii. Była Pani m.in. świadkiem zdarzenia, które miało miejsce 9 października 1962 r. To Defilada Wojsk Układu Warszawskiego, w czasie której doszło do wypadku. Czołg T-34 wjechał w grupę dzieci. Na miejscu zginęło 7 uczniów. Około 20 zostało rannych… Ile miała Pani wtedy lat?

10! To niby mało, ale ten obraz wrył się w mojej pamięci na zawsze. Proszę sobie wyobrazić, że jakieś 15 lat później poznałam całkiem przypadkowo panią, która wówczas, jako dziecko, miała mniej szczęścia niż ja – stała po drugiej stronie ulicy. Straciła pod czołgiem lewą rękę i lewą stopę, ale przeżyła. Wyszła za mąż i zaczynała żyć jak każdy w pełni fizycznie sprawny człowiek. Jej optymizm i radosne podejście do życia pomogło mi trochę stłumić to traumatyczne przeżycie.

Każdego roku, 9 października przy schodach Szkoły Podstawowej nr 1 przy Al. Piastów zapalane są znicze na pamiątkę tego wypadku…Na budynku znajduje się również tablica pamiątkowa.

Nie wiedziałam o tej akcji, ale jestem szczęśliwa, że ktoś o tym pamięta.

Potem przyszedł rok 70-ty, grudzień…

Grudzień 1970 miał chyba największy wpływ na moje życie. Miałam wówczas 18 lat, byłam w klasie maturalnej Technikum Ekonomicznego, wydawało mi się, że już zaraz będę mogła zmieniać świat na lepsze. I… zimny prysznic. Zrozumiałam raptem, że do tej pory wcale nie było tak różowo, jak nam to przedstawiano, że żyłam pod kloszem, że byłam dzieckiem, któremu celowo nie mówiło się prawdy – czy to ze strachu przed SB, czy z chęci przedłużenia beztroskiego dzieciństwa. Raptem opadła zasłona i wszystko stało się zrozumiane. Zamknę to może tylko jednym zdaniem: wreszcie zrozumiałam, dlaczego pamiętniki mojej kochanej babci nadal musiały pozostać w szufladzie.

Pomimo nieprzyjemnych wspomnień z tego okresu, widać wielką miłość do Szczecina. To sentyment do ludzi czy miejsc?

Tak jedno jak i drugie. Wiele lat mieszkam już poza Szczecinem. Początkowo Sosnowiec, dokąd pojechaliśmy „za mieszkaniem” a potem, po kolejnej klęsce politycznej – Nadrenia-Palatynat. Ale zawsze wjeżdżając do Szczecina mam uczucie, że wracam do domu. To jest „moje miasto”. Do tej pory poruszam się po nim na pamięć, mimo, że niektóre ulice zmieniły nazwę. Odnalazłam przyjaciół z dzieciństwa, poznałam wielu nowych, wspaniałych ludzi. To tu mam zawsze uczucie, że jestem u siebie. To nie przypadek, że właśnie tu wydałam moją książkę „Tułacze losy”. Ma to dla mnie ogromne znaczenie, że właśnie w Szczecinie, po latach udało mi się spełnić przyrzeczenie wydania drukiem pamiętników babci, to tak, jakby po latach ona również wróciła do domu, do Ojczyzny.

Często wraca Pani do naszego miasta?

Bardzo często, kilka razy w roku i mam nadzieję, że kiedyś pozostanę jeszcze dłużej – może na zawsze? To jest moje marzenie – wrócić kiedyś do korzeni. Tak wyobrażam sobie szczęście, jakie dała nam wolna Europa, możliwość powrotu do portu macierzystego. Ale to już odrębny temat. O tym, co działo i dzieje się z nami, Polakami po „okrągłym stole” i jaki wpływ miał on na nasze życie, będzie można przeczytać w mojej nowej książce zatytułowanej „Nocne Polaków rozmowy” – w pewnym sensie kontynuacji „Tułaczych losów”, którą zamierzać wydać – również w Szczecinie – jeszcze w bieżącym roku.

Dziękuję za rozmowę i czekam zatem na dalszy ciąg Pani opowieści na kartach książki…

Z Danutą Słowik rozmawiała Monika Wilczyńska

TUŁACZE LOSY mDanuta- Romana Słowik – Urodziła się na początku lat 50-tych w Międzyzdrojach, ale wychowywała się w Szczecinie. Z zawodu ekonomistka. Jej hobby to malarstwo i pisanie wierszy. Od 1984 roku mieszka w Nadrenii – Palatynacie.






============================================================


 2014

 

 

Szczecin 06 czerwca 2014 roku 

 

Uczestniczyliśmy z mężem w kolejnym bardzo ciekawym wydarzeniu literackim. W Sali Kominkowej Klubu XIII Muz odbyło się spotkanie z Jerzym Borowczykiem i Michałem Larkiem, których wywiad - rzeka z Danielem Arturem Liskowackim pt.: "Przywracanie, wracanie" właśnie ukazał się nakładem szczecińskiego Zaułka Wydawniczego Pomyłka. Autorów i gości przywitał założyciel Zaułka Cezary Sikorski a spotkanie poprowadził historyk Eryk Krasucki.

Autorzy, Jerzy Borowczyk i Michał Larek wymienili wiele powodów, które skłoniły ich do przeprowadzania wywiadu akurat z Liskowackim, potocznie zwanym „miłośnikiem milczenia”. Pierwszym i wcale niełatwym punktem było więc przekonanie Liskowackiego do tak długiej rozmowy. „ Klucz do stworzenia z Liskowackiego gaduły okazał się banalny, ale z naszej perspektywy niezwykle interesujący – głównym tematem stał się Szczecin”. Tak wiec z projektu dwóch poznańskich literaturoznawców powstała fascynująca książka – wywiad rzeka o Szczecinie i jego powstawaniu. Na koniec spotkania wywiązała się dyskusja w której główną motywacją i wątkiem wiodącym była relacja Szczecin – Poznań

 

Poniżej artykuł wraz z galerią zdjęć z tego spotkania, które ukazały się na zachodniopomorskim portalu kulturalnym elewator kultury.org w dniu 10.6.2014 r.  

http://elewatorkultury.org/przywracanie-czy-stwarzanie-miasta-promocja-wywiadu-rzeki-z-arturem-danielem-liskowackim/

 

 

=======================================================

 

 

 

Szczecin 25 maja 2014 roku

 

"Pod platanami"

Wielki Kiermasz Organizacji Pozarządowych w Szczecinie. To już minął rok od tamtego, pamiętnego dnia. Wówczas pierwszy raz prezentowałam swoje książki przy Związku Literatów Polskich. Zapowiadało się wspaniale, ale niestety pogoda nie dopisała, lodowato, wietrznie, deszczowo… prawie bezludnie. Nic dziwnego, w taką pogodę nie wychyla się nawet nosa z domu. Ale miało to i dobre strony, poznałam niektórych szczecińskich literatów, mieliśmy mnóstwo czasu dla siebie, nawiązały się miłe znajomości. I tą drogą właśnie przypomniała sobie o mnie pani Róża Czerniawska Karcz – przewodnicząca ZLP w Szczecinie. Napisała do mnie miły list pytając, czy może będę w tym czasie w kraju, gdyż bardzo serdecznie zaprasza mnie do ponownego wzięcia udziału. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności przyjechaliśmy do Stargardu dzień wcześniej, więc nie odmówiliśmy sobie tej przyjemności. Następnego dnia pojechaliśmy z mężem na Jasne Błonia. Pogoda wspaniała, więc i impreza znakomita. Tego dnia gościem ZLP był również pan Rafał Podraza, autor książki o Helenie Majdaniec, udzielił bardzo ciekawego wywiadu dla zebranych wokół stoiska miłośników książek. Spotkaliśmy panią Annę Jakubczak, która prezentowała swoją debiutancką książkę, oraz wielu innych, znanych mi już wcześniej jak i nowo poznanych  autorów. Prawie po sąsiedzku wystawiał swoje prace znany rysownik szczeciński, doskonały dokumentalista tego pięknego miasta pan Ryszard Podporski. Była więc okazja, aby niektórzy moi znajomi obydwu środowisk poznali się wzajemnie. Z tegorocznej imprezy wspomnienia będą z pewnością „cieplejsze”. 

 

 

=======================================================

 

 

 

Karlsruhe 9 maja 2014 roku

 

Forum Kultury Polskiej ”Polonia” obchodziło tego dnia uroczyście swoje 15-letnie istnienie.  W Sali Ogrodowej Zamku w Karlsruhe odbyła się wspaniała impreza z tej okazji. Jako że głównym celem tej organizacji jest propagowanie polskiej kultury poza krajem, uroczystości odbywały się dwujęzycznie. Była to więc doskonała okazja zaproszenia na tę imprezę również naszych niemieckich przyjaciół. Tak więc spędziliśmy bardzo przyjemny wieczór w gronie przyjaciół zarówno polskich jak i niemieckich. To wspaniałe uczucie. Wśród zaproszonych, oficjalnych gości byli między innymi Maria Uhlig – pełnomocnik ds. Integracji, dr Michael Heck, były urzędnik miejskiego Referatu Kultury. Vlado Bulic’, były członek ds. Cudzoziemców oraz Konsul Generalny RP w Monachium Justyna Lewińska.

Przewodnicząca Forum Dorota Cukierda podziękowała wszystkim za wieloletnią współpracę. Konsul Justyna Lewińska złożyła podziękowania członkom Forum za przygotowanie i przeprowadzenie tak dużej liczby projektów kulturalnych: koncertów, seansów filmowych, spotkań literackich i wystaw.

W części artystycznej spotkania wysłuchaliśmy recitalu w wykonaniu Pawła Ruszkowskiego, studenta Akademii Muzycznej w Gdańsku. 

 

 

=======================================================

 

 

 

Stargard Szczeciński 

01 kwietnia 2014 roku

 

 

Uniwersytet Trzeciego Wieku w Stargardzie zorganizował w Domu Kultury spotkanie z panią Profesor Ingą Iwasiów, literaturoznawczynią, krytyczką literacką, pisarką. Tej przyjemności nie mogłam sobie odmówić. To przecież książka "Bambino" jej autorstwa zapoczątkowała splot przewspaniałych zdarzeń w moim życiu. Zainteresowanie było duże, wyjątkowo ciekawego wykładu na temat pisarstwa kobiecego wysłuchała w skupieniu bardzo liczna grupa miłośników literatury. Spotkanie z panią Profesor było bardzo ciepłe i… dydaktyczne: przybliżyło zebranym dorobek pisarki, zapoznało z literaturą i pisarstwem kobiecym, zwróciło uwagę słuchaczek na czytanie książek z punktu widzenia feministycznego, uzmysłowiło zmiany kulturowe i społeczne dokonujące się w świadomości czytelników na skutek szerokiej gamy środków przekazu informacji. Na zakończenie pani Profesor przeczytała kilka fragmentów swojej nowej książki zatytułowanej „Umarł mi”, która ukazała się w księgarniach pod koniec ubiegłego roku. Z sali padały pytania do pani Profesor, wywiązała się ciekawa dyskusja. To spotkanie było ukoronowaniem mojego wiosennego pobytu w Polsce.

 

 

=======================================================

 

 

 

 

Szczecin 10 marca 2014 roku

 

W sobotę, 8 marca, zadzwonił telefon. Druh Zygmuś! Na „chybił – trafił” sprawdzał, czy zastanie mnie w kraju. Zastał! W Dniu Kobiet pomyślał, aby zaprosić mnie na poniedziałkową zbiórkę organizowaną specjalnie na tę okoliczność. „Druhenko, ty wiesz, że ja, jako starszy stopniem, mam prawo rozkazać ci przyjść na tę zbiórkę”. No i serdeczny śmiech przeleciał po łączach telefonicznych. Jak można nie przyjąć takiego zaproszenia? Oczywiście pojechałam na Ogińskiego. Jak każda „Druhenka”, już w drzwiach harcówki powitana byłam pięknym tulipanem, życzeniami i całusami. Kto jeszcze pamięta, jak miłym gestem jest, gdy mężczyzna „całuje Twoją dłoń”. Placek, który przywiozłam ze Stargardu, na szczęście nie klapnął i gawędząc, zajadaliśmy się słodkościami nie zważając na kalorie – jak za dawnych, beztroskich, młodzieńczych lat. Męska część drużyny zorganizowała nawet część artystyczną. Amatorski zespół wokalny, specjalnie zaproszony na naszą zbiórkę, przeprowadził nas piosenkami o i dla kobiet stworzonymi, przez polskie dziesięciolecia. Czas upływał w przemiłej atmosferze,  nawet nie zauważyliśmy, kiedy na dworze zrobiła się ciemna noc.

 

Kochani – Druhenki i Druhowie – znowu zawdzięczam Wam przewspaniały wieczór, znowu czas zatrzymał się, zniknęły wszelkie troski, dookoła była tylko sympatia, przyjaźń i młodzieńcze wspomnienia. Czuwaj!

 

 

=======================================================

 

 

 

Szczecin 22 lutego 2014 roku

 

Ponownie Galeria111 w Szczecinie. Tym razem pan Mirosław Gendaj zaprosił mnie na otwarcie wystawy mojego ulubionego szczecińskiego artysty malarza. Wernisaż Przemysława Cerebieża Tarabickiego. „Osoby i figury”, to bardzo interesujący cykl obrazów. To tematyczne nawiązanie do poprzednich prac Artysty. Pani Justyna Krakowska, (Filologia dla mediów – Uniwersytet Warszawski), w słowie wprowadzającym do tej wystawy, ujęła to w bardzo trafny sposób: „Nieustający ruch to w aktualnej kolekcji Artysty wyłaniający się motyw przewodni. Osoby i figury to opis dynamiki i ciągłych zmian jakie zachodzą w człowieku. To jednocześnie zaproszenie do zatrzymania się i indywidualnego przemyślenia gdzie i w jakim kierunku zmierzamy. To poszukiwanie w drugim ostatecznej formy, znalezienia swojego rodzaju constans w nieustannie zmieniających się warunkach…”.

Ale Przemysław Tarabicki to również inne wspaniałe obrazy - od głębokiej dualności świata począwszy, („...Abstrakcja i przedmiot, dobitność i zjawa, przestrzeń i płaszczyzna, powściągliwość i rozbuchanie, szept i krzyk, ciemność i blask, opowieść i obraz, trwanie i szarża, dosłowność i ironia…” - tak ujął to Jacek Cerebież Tarabicki w artykule „Dwoistość obrazu – dwoistość przekazu”), po przepiękne, emanujące spokojem i dostojnością portrety kobiet.

 

W późniejszych spotkaniach, już poza Galerią111, w zaciszu swojej pracowni malarskiej, Artysta przedstawił mi cykl swoich obrazów do „Wyimków z Elegii duinejskiej R.M. Rilkego” Cezarego Sikorskiego. „… Dziesięć obrazów Tarabickiego zostało wprowadzonych w obręb bogatej, choć na pierwszy rzut oka nieoczywistej, struktury Wyimków. Koncepcyjny zamysł tego poetycko-artystycznego i edytorskiego przedsięwzięcia staje się czytelny w momencie rozpoznania kolejnych warstw pre-tekstu, tekstu i obrazu, na bazie których zostało ono skonstruowane. A także przez uchwycenie wiążących ich ze sobą relacji….” (Magda Lewoc). Fascynująca lektura.

 

 

=======================================================

 

 

 

 2013

18 grudnia 2013

 

W grudniowym numerze "Wieści Polickich" w Dodatku Literackim PEGAZ POLICKI ukazało się moje wigilijne opowiadanie pod tytułem Lameta". Zapraszam do lektury "z lekkim przymrużeniem oka"

 

 

=======================================================

 

 

 

19 października 2013 roku 

 

Wczoraj przyjęto mnie do grona gości na "Bardzo Prywatnym Portalu Ludzi Ciekawych". To dla mnie prawdziwe wyróżnienie pojawić się w tak wspaniałym towarzystwie.
http://www.egminy.eu/ludzie-ciekawi.html

 

Niekiedy sny się spełniają. Mój "Sen" pojawił się na Portalu Ludzi Ciekawych w Dziale Literatury, to wspaniałe uczucie, zapraszam na chwilę nostalgii http://www.egminy.eu/literatura,czytaj/546/sen.html

 

oraz fragmenty mojej książki pt "Tułacze losy"

http://www.egminy.eu/literatura,czytaj/624/kilka-fragmentow-wraz-z-wierszami-z-ksiazki-tulacze-losy.html

 

 

==========================================================================

 

 

Szczecin, 06 września 2013 roku

 

Na spotkaniu „pod czternastką”, na alei Piastów, poznałam pana Mirosława Gendaja.  On także związany jest z historią tej kamienicy. Poza tym prowadzi galerię sztuki „Galeria 111” przy placu Żołnierza. Zaprosił mnie na wernisaż znanego artysty z Kalisza, pana Janusza Kokota. Artysta prezentował swoją kolekcje pod wspólnym tytułem „Horyzont”. Sam autor powiedział o swojej wystawie: „Idea była prosta, jak najprostsza definicja horyzontu, czyli pozornej linii styku nieba z ziemią… Poza walorami estetycznymi, które odkrywałem przez ostatnie dwa lata jest w zjawisku horyzontu coś, co pociąga mnie najbardziej, mianowicie aspekt granicy między tym, co niebiańskie i ziemskie, święte i grzeszne, ale to projekt na coś znacznie większego niż wystawa.” Spotkanie w „Galerii 111” było bardzo interesujące. W miedzyczasie pan Mirosław przeczytał również moją książkę „Tułacze losy” i wypowiedział się o niej w bardzo pochlebnych słowach. Kto wie, może zorganizujemy kiedyś wspólnie wieczór autorski w jego galerii?

=======================================================

 

 

Szczecin, 2 września 2013 roku

 

Harcówka ZHP przy ul. Ogińskiego – pierwsza zbiórka powakacyjna Kręgu Seniorów „Dęby”,  w której znowu  miałam okazję uczestniczyć.  Wspaniałe gawędy, relacje ze Złazu wakacyjnego, ale przede wszystkim hołd pamięci wszystkim ofiarom II wojny światowej, której to 74 rocznica wybuchu przypadła poprzedniego dnia. Między nami przy stole siedziały druhny i druhowie, którzy pamiętali ten dzień. Byli wówczas młodymi ludźmi, ale ich wspomnienia są stale bardzo wyraźne. To żywa lekcja historii, która zawsze wywołuje mocne emocje. Znowu serdeczne uściski rąk i… do zobaczenia przy innym ogniu w inną noc. 

 

 

=======================================================

 

 

Szczecin, 30 sierpnia 2013 roku

 

Aleja Piastów 14 – odsłonięcie tablicy pamiątkowej Antoniego Kaczorowskiego. To ukoronowanie inicjatywy zeszłorocznego szlaku pod hasłem „Niezwykli Szczecinianie i ich kamienice”. To dzięki tej imprezie odnalazłam w zeszłym roku moich dawnych przyjaciół, odświeżyłam wspomnienia dzieciństwa, nawiązałam nowe znajomości. To dla nich i pamięci mojego dawnego sąsiada, pana Antoniego Kaczorowskiego, spontanicznie podjęłam decyzję przejechania „połowy Europy” aby świętować razem z nimi. Było warto! Bardzo uroczysta część oficjalna a potem stół na podwórku, poczęstunek przygotowany przez sąsiadów, szampan i niekończące się wspomnienia i opowieści. Do póżnej nocy świętowaliśmy w gronie tych najwspanialszych sąsiadów, jakich tylko  można sobie wyobrazić. Tych, którzy ciągle jeszcze „pod czternastką” mieszkają, jak i tych, którzy podobnie jak ja, wrócili na swoje podwórko po wielu dziesiątkach lat. Ukłony szacunku dla pani Justyny Machnik, to dzięki niej powstała cała akcja „Kamienic Szczecina”. Dokonała swoją pracą cudownej rzeczy, wyciągnęła ludzi ze swoich czterech ścian, zachęciła ich do rozmowy, do kontaktów, na które w tych szalonych czasach coraz rzadziej mamy czas. To właśnie takie spotkania nadają naszemu życiu dodatkowego sensu. youtu.be

 

 

=======================================================

 

 

Szczecin,  3 – 6 sierpnia 2013 roku

 

The Tall Ships Races 2013

 

To już drugi raz „zleciały” do Szczecina  na rozpostartych żaglach wspaniałe żaglowce.  W 2007 roku widzieliśmy tylko relacje telewizyjne i masę zdjęć przysłanych nam internetem. Tym razem przyjechaliśmy aby przeżyć to na żywo. Wiele z tych żaglowców, to nasi starzy znajomi. Widzieliśmy już kilka takich imprez; dwukrotnie w Amsterdamie, gdzie połknęliśmy bakcyla wielkich żagli, w Rostoku, w Antwerpii i wreszcie w naszym pięknym Szczecinie. Udało nam się namówić przyjaciół – Jolę i Janka – aby przyjechali do nas na tę imprezę. Oni pierwszy raz widzieli żaglowce z bliska, ani przez moment nie żałowali, wprost przeciwnie, byli szczęśliwi, że zdecydowali się pokonać 900 kilometrów aby uczestniczyć w tej imprezie.  Impreza przerosła wręcz nasze oczekiwania, byliśmy oczarowani.  Pogoda dopisała i do syta mogliśmy cieszyć oczy swoje tym cudownym widowiskiem. Wały Chrobrego, Łasztownia, Port widziany z motorówki Mirka od stony wody, Trasa Zamkowa z której podziwialiśmy pokaz sztucznych ogni, parada załóg witana przez nas na skraju Jasnych Błoni – wszystko to pozostawiło niezapomniane wrażenia. 

 

 

=======================================================

 

 

Szczecin, maj – czerwiec 2013 roku

 

 W Polsce  kulturalnie, literacko,  przyjaźnie.

 

1 – 5 maja Majówka w Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie.

Muzyka, śpiew, występy estradowe, wystawy, kino, kiermasz rękodzieła artystycznego,  a wraz z nim artyści wystawiający swoje dzieła na dziedzińcach zamkowych. Jednym słowem, dla każdego coś miłego. Na wystawie w Sali Elżbietańskiej można było podziwiać wystawę „Szczecinianie – 60 portretów”. Wspaniałe zdjęcia a wśród nich znajomi ludzie i znajome kąty. Odnalazłam na niektórych fotografiach dawnych sąsiadów z Piastów. Wśród wystawców na dziedzińcu głównym uwagę moją przyciągnął pan Ryszard Podporski, który piórkiem i tuszem wyczarował na kartonie piękne budowle Szczecina: zabytkowe domy, mosty, które już nie istnieją, szczecińską Wenecję, tę sprzed wojny, aleje, ulice, port i żaglowce przy Wałach Chrobrego. W rozmowie okazało się, że ten wyśmienity rysownik, poza talentem plastycznym posiada również ogromną wiedzę historyczną i do wszystkich zakątków, które przedstawiał na swoich dziełach,  potrafił wspaniale opowiedzieć ich historię.

 

Poza Zamkiem odbywały się przeróżne imprezy w całym mieście.  Tu Majówka nie ograniczyła się tylko do długiego weekendu, prawie każdego dnia Szczecin miał coś kulturalnego do zaoferowania. Z całego wachlarza propozycji kulturalnych wybrałam przede wszystkim Filharmonię. Doskonały repertuar i ostatnia możliwość słuchania wspaniałej muzyki w starym lokum. Kilkudziesięcioletnia historia Filharmonii w bocznym skrzydle Urzędu Miejskiego dobiega końca – w październiku ma być uroczyście otwarta nowa, niedaleko Zamku.  Wybrałam dla siebie trzy koncerty:

 

5 maja  „Genius Lutos” – Dzień godności osób z niepełnosprawnością intelektualną – gdzie prezentowała się Orkiestra Perkusyjna GAMELAN wraz z muzykami szczecińskiej Filharmonii. Szczególnie pięknie opracowane i wykonane były utwory inspirowane twórczością Lutosławskiego.

 

11 maja ”Mozart z Janem Staniendą”. Przy fortepianie zasiadł gościnnie Hinrich Alpers. W programie „Don Giovanni”, dwa Koncerty fortepianowe i Symfonia. Muzyczna uczta na bardzo wysokim poziomie,

 

oraz 31 maja koncert z cyklu „ Muzyka wyzwolona”. Orkiestrą dyrygował tym razem Jakub Chrenowicz a przy fortepianie zasiadł Adam Wodnicki. W programie Koncert Ravela na lewą rękę, Koncert fortepianowy Andersona i „Pietruszka” Strawińskiego. Niezapomniane wrażenia, przede wszystkim koncert na lewą rękę wywarł  na mnie ogromne wrażenie.

 

 *   *   *

 

Jak za dawnych czasów maj, to również książki. Kiedyś organizowano kiermasze pod hasłem „Dni oświaty książki i prasy” – wspominam je z ogromnym sentymentem.  Do tej pory mam na półkach mojej skromnej biblioteczki książki, które w latach 60 – 70 na szczecińskich kiermaszach kupiłam.

 

16 maja w Pałacu Młodzieży przy Alei Piastów odbył się wieczór literacki z cyklu spotkania z pisarzami i poetami nie tylko szczecińskimi.  Pani Róża Czerniawska-Karcz, prezes ZLP w Szczecinie,  poprowadziła spotkanie z poetą, śpiewakiem operowym, muzykoterapeutą, Januszem  Kowalkowskim ze Szczecinka. W trakcie spotkania odbyła się promocja  najnowszego tomiku poezji pana Kowalkowskiego pod tytułem „Zdążyć przed ciszą” w serii „Akcent”.  Przy przyciszonej muzyce w tle wspólnie przenieśli słuchaczy w krainę poezji.     

 

 

 

20 maja w harcówce ZHP przy ulicy Ogińskiego odbyła się zbiórka Kręgu Seniorów ZHP „Dęby”, na którą zostałam zaproszona przez druhnę drużynową Danusię Marciszewską. To było niecodzienne wydarzenie. W tej harcówce bywałam za moich młodzieńczych lat i nawet przez myśl mi nie przeszło, że wrócę tu po ponad 40 latach. Zbiórka była wyjątkowa, uroczyście świętowano urodziny druha Konrada Strycharczyka, okrągłe... dziewięćdziesiąte. Były wspomniernia, śpiewy, pląsy, humorystyczne przedstawienie o wiośnie, żabce i bocianie, dużo śmiechu i oczywiście wyśmienity tort urodzinowy. Gdy impreza dobiegała końca zaintonowano:

 

„Już do odwrotu głos trąbki wzywa,

Alarmują ze wszech stron.

Staje wiara w ordynku szczęśliwa,

Serca biją zgodny ton...”

 

Wszyscy wstali i śpiewając dalej spletli krąg dookoła symbolicznego ogniska. A wtedy zaśpiewano piosenkę kończącą każde harcerskie spotkanie przy ognisku, zawsze tę samą, od lat:

 

„Ogniska już dogasa blask,

Braterski splećmy krąg,

W wieczornej ciszy w świetle gwiazd

Ostatni uścisk rąk.

Kto raz przyjaźni poznał moc,

Nie będzie trwonił słów.

Przy innym ogniu w inną noc

Do zobaczenia znów...”

 

Teraz dopiero wszystkie wspomnienia stanęły przed oczami jak żywe. Gdy przed wielu, wielu laty śpiewałam tę piosenkę w tej samej harcówce, nie zdawałam sobie z pewnością nawet sprawy, jak głębokie znaczenie mają te słowa. To było bardzo wzruszające. Ściskałam w kręgu dłoń druha Konrada, seniora harcerskiego, którego znałam może już przed 50 laty, kto wie, on z pewnością wtedy już tu był, starszy kolega instruktor. Może był przy tym, jak kiedyś składałam przyrzeczenie harcerskie oraz otrzymałam swój własny Krzyż Harcerski.

Wiedziałam, że spotkałam wspaniałych przyjaciół, którzy przyjęli mnie do swego kregu jak starą znajomą. Dziękuję Wam, druhny i druhowie za te wspaniałe chwile, czuwaj!

 

 

26 maja  Zachodniopomorska Chorągiew ZHP  zorganizowała wielki Kiermasz „Pod platanami”. Dookoła Jasnych Błoni rozstawiono  niezliczoną wręcz ilość straganów, na których prezentowali się przedstawiciele przeróżnych organizacji pozarządowych. Za pośrednictwem druha Komendanta  nawiązałam  kontakt ze Związkiem Literatów Polskich w Szczecinie gdzie zaproponowano mi, pomimo faktu, że byłam tylko gościnnie w Szczecinie, czynny udział w tej imprezie. To prawdziwa przyjemność i ogromne wyróznienie. Przy tej okazji poznałam osobiście wielu szczecińskich poetów, pisarzy, wspaniałych ludzi, którzy swoją pracą wzbogacają naszą  kulturę.  To wielki zaszczyt dla mnie móc prezentować swoje książki w tak doborowym gronie.  Szkoda tylko, że pogoda nie dopisała. Było zimno, mokro, wietrznie, ale za to atmosfera gorąca i miła.

 

 

 

3 czerwca kolejna zbiórka „Dębów”. Tym razem mundurowa, jak każda w pierwszy poniedziałek miesiąca. Do „Kręgu” przyjęto oficjalnie kolejną druhnę. Uroczystść bardzo doniosła. Ślubowanie a po nim kulminacyjny punkt, zawieszenie własnego, skórzanego liścia dębowego, na drewnianym wieńcu. Bardzo piękna tradycja.

 

7 – 9 czerwca, to dni Kiermaszu Książki w Alei Kwiatów w Szczecinie. Jedna z imprez towarzyszących drugiego już Festiwalu Literackiego „Gryfia”. Podobnie jak w ubiegłym roku prezentowałam swoje książki. Tym razem wystawiłam również kilka swoich obrazów. Zainteresowanie książkami było znacznie większe niż w ubiegłym roku. Pogoda dopisała więc Szczecinianie odwiedzali Kiermasz całymi rodzinami. To bardzo motywujące zjawisko. W czasie kryzysu czytelnictwa, który jest problemem nie tylko polskim, spotykać ludzi, którzy faktycznie interesują się książkami – więcej - przyprowadzają swoje małe dzieci zachęcając je do czytania, napawa optymizmem.

W sobotę 8 czerwca w „Klubie 13-Muz” odbyła się uroczysta gala finałowa Konkursu „Gryfii”. Profesorka Inga Iwasiów, przewodnicząca jury, ogłosiła wyniki Konkursu. Laureatką tegorocznego Festiwalu jest Zyta Oryszyn za książkę pod tytułem „Ocalenie Atlantydy”. Sądzę, że w naszej literaturze współczesnej dzieje się coraz lepiej, skoro pojawiają się tak doskonałe pisarki jak Magdalena Tulli i jej „Włoskie szpilki” - ubiegłoroczna laureatka „Gryfii”, jak również tegoroczna, Zyta Oryszyn.

Kiermasz Książki w Alei Kwiatów był kulminacyjnym wydarzeniem literackim mojego wiosennego pobytu w Polsce. W  niedzielę 9 czerwca po godzinie 15 zakończyła się ta wspaniała impreza - jeszcze tylko pożegnania z innymi wystawcami: „Do zobaczenia w przyszłym roku!”, wymiana wizytówk, telefonów czy adresów e-mailowych. Wielu z nich, to znajomi z ubiegłorocznego Kiermaszu, kto wie, może faktycznie spotkamy się znowu za rok. Może uda mi się nawet do tego czasu zakończyć pracę nad moją kolejną książką.

 

 

10 czerwca ostatnia tym pobytem zbiórka „Dębów”, na którą zaproszono mnie, abym zaprezentowała swoje książki. To dla mnie wyjątkowy zaszczyt móc przedstawić własne wiersze, czy fragmenty prozy tym właśnie ludziom. Przede mną mieszkańcy „mojego Miasta”, harcerze – jak kiedyś ja, ludzie, którym historia Szczecina jest równie bliska, gdyż jest to historia życia każdego z nich. Harcerze, którzy czują i myślą podobnie jak ja. Przed tą publicznością miałam prawdziwą tremę, ale ta rozwiała się bardzo szybko, gdy zobaczyłam wsłuchane, wzruszone twarze ludzi, którzy w skupieniu słuchali tego, co czytałam. Z żalem żegnałam się z tymi wspaniałymi ludźmi, o których do niedawna nic nie wiedziałam. Obiecałam solennie odwiedzić ich za każdym razem, kiedy tylko będę w kraju. Zrobię to z pewnością z ogromną przyjem-nością – przy innym ogniu, w inną noc, do zobaczenia znów...

 



=======================================================

 

 

 2012

Szczecin, 26 maja 2012 roku. 

 

NIEZWYKLI SZCZECINIANIE I ICH

KAMIENICE


- Witam cię Zbyszku, czy poznajesz mnie?

- No nie, przepraszam, ale nie pamiętam...

- A pamiętasz Dankę Jabłońską?

- Danusia? No jasne, teraz cię poznaję, daj pyska, niech cię uściskam!

 

  

Wszystko zaczęło się przed paroma miesiącami. Znajoma pożyczyła mi książkę mówiąc, że z pewnością mnie zainteresuje. Tytuł „Bambino”, autorka Inga Iwasiów. W pierwszej chwili ani tytuł ani nazwisko autorki nic mi nie mówiło. Ale mimo tego od razu zaczęłam czytać. I teraz mogę powiedzieć, że wszystko, co przeżywałam  w tych ostatnich dniach maja 2012 roku zaczęło się w barze mlecznym „Bambino” przy Placu Kościuszki w Szczecinie. Do tej pory pamiętam smak naleśników z serem i śmietaną.

To właśnie ten bar wybrała pani Iwasiów za tło swojego opowiadania
o ludziach Szczecina, o takich ludziach jak ja, moja rodzina, moi sąsiedzi, moi znajomi ze szkoły czy z podwórka. Strona po stronie odnajdywałam się w tej książce. Oczami wyobraźni umiejscawiałam akcję książki w moim rodzinnym domu przy Alei Piastów 14, wśród moich sąsiadów i moich osobistych wspomnień. Czułam nieodpartą wręcz ochotę porozmawiania z autorką. Chciałam jej przede wszystkim podziękować za wzruszenia jakich doznałam czytając jej książkę. Zadzwoniłam, podziękowałam, opowiedziałam w skrócie dlaczego tak się wzruszyłam, przecież akcja książki odbywa się na Piastów a ja wychowałam się pod czternastką. „A kiedy wyprowadziła się pani spod czternastki?” zapytała spontanicznie pani Iwasiów. „To było chyba na początku 1970 roku” odpowiedziałam zaskoczona trochę tym pytaniem, „czemu pani o to pyta?” dodałam. „Bo ja też wychowałam się na Piastów pod czternastką.” usłyszałam w odpowiedzi.

Wydawało mi się, że śnię. W taki sposób spotkać na swojej drodze życia sąsiadkę sprzed pół wieku? Po chwili zaniemówienia, słowa potoczyły się już jak lawina.

    Kilka tygodni później spotkałyśmy się w Szczecinie. To była bardzo daleka droga. Ze Szczecina wyjechałam w 1975 roku. Początkowo do Stargardu, potem do Sosnowca aż wreszcie w1984 roku do Niemiec, do Nadrenii Palatynatu. I raptem siedziałyśmy przy kawie, dwie sąsiadki z Piastów i wspominałyśmy naszych wspólnych znajomych. Dowiedziałam się, że niektórzy z moich towarzyszy dziecinnych przygód nadal żyją w tej wspaniałej kamienicy. Wiedziałam, że kiedyś   z pewnością ich odwiedzę.

20 maja spotkałyśmy się ponownie. Nie miałyśmy dużo czasu na rozmowę, gdyż do spotkania doszło w czasie bankietu z okazji finału konkursu literackiego
o nagrodę „Gryfia” ale powiedziała mi, że za kilka dni będzie wielka uroczystość na Piastów 14. Na drugim piętrze, na balkonie mieszkania pana Antoniego Kaczorowskiego, będą śpiewane arie operowe ku czci jego pamięci. Już byłam pewna, nadszedł dzień, kiedy znowu odwiedzę moje stare kąty. Tak więc dwa dni później zapukałam do drzwi Zbyszka Jaworskiego, po 45 latach.

W sobotę, 26 maja koło godziny 11 wjechałam na podwórko. Zaczęłam rozglądać się za miejscem do zaparkowania gdy zobaczyłam Irenę, żonę Zbyszka, która wskazała mi wolne miejsce. Koło Ireny stała pani, twarz jakby znajoma, ale to nie mogła być pani Jaworska – wiedziałam przecież, że zmarła. Widząc moje zakłopotanie uśmiechnęła się i powiedziała że ma na imię Teresa. No jasne, teraz ją poznałam! Obok stały jeszcze dwie młode panienki – to córki Mirka. Za chwilę przyszedł również Mirek. „Cześć Danusia, pamiętasz jak się ganialiśmy po dachach?” „Pewnie, wszyscy nam tego zabraniali, ale i tak na dachu najlepiej bawiło się w chowanego”. Poszłam z Mirkiem na drugie piętro. Przedstawił mi swoją żonę, oprowadził po mieszkaniu i poprosił Elę żeby do nas przyszła. Ela, moja najbliższa przyjaciółka! Do tej pory pamiętam, jak alfabetem Morsa pukałyśmy
w grzejniki w kuchni. I jej mama. Pani Szramowa, w wieku 86 lat a od razu ją poznałam, jakby nic się nie zmieniła. Za chwilę dojechała z Pogodna Wanda, moja siostra. Przez okno widać było już samochód transmisyjny więc zeszliśmy na dół. Zbyszek pokazuje mi panią i mówi, że to Lula Kaczorowska. Podchodzę do niej, padamy sobie w ramiona, przedstawiam jej Wandę, radości nie ma końca. Z boku podchodzi do mnie pani i przedstawia się jako córka pani Irenki. Mój Boże – to przecież Iza Sowińska, ta kochana dziewusia, która płakała gdy śpiewano przy choince „Lulaj że Jezuniu” sądząc, że chcą już ululać Izunię. A ta pani obok? To Asia, córka Hani, więc siostrzenica Izy. Serce mi się ściska – Hania, moja „Królowa śniegu”, starsza koleżanka a przyjaciółka Wandy już od nas odeszła. Ale była w tym dniu z nami, Asia przyniosła jej kołnierzyk, biały, z dwóch półokrągłych części, taki jaki przypinało się do sukienki.

Poza tym poznałam ludzi, którzy zamieszkali w tej kamienicy już po mojej wyprowadzce.

I raptem rozmowy ucinają się a z góry, z balkonu słychać muzykę i arię, którą kiedyś śpiewał pan Kaczorowski. Wspaniały głos i natychmiast powracają wspomnienia. Operetka na Potulickiej i te wspaniałe przedstawienia na które chodziłam z rodzicami. Często w mieszkaniu, w ciepłe dni gdy okna były pootwierane, słychać było jak pan Kaczorowski śpiewa przygotowując się do swojej roli.

Przed domem zgromadził się tłum zasłuchanych ludzi a gdy śpiew ucichł, rozległy się owacyjne brawa, jak wówczas, gdy pan Kaczorowski żegnał się
z widzami po ostatnim przedstawieniu. Redaktorki z Radia Szczecin rozmawiają
z Lulą, która przyjechała specjalnie na tę uroczystość ze Szwecji, z sąsiadami Kaczorowskich a kamerzyści Telewizji Szczecin kręcili wszystko i wszystkich dookoła. Atmosfera była wspaniała.

     Przeszliśmy spokojnie na podwórko, już tylko ścisła grupa mieszkańców. Tych współczesnych i tych dawnych. W bagażniku miałam schłodzoną butelkę szampana i jednorazowe kieliszki. Kiedy ja składałam kieliszki w całość i rozdawałam tym wspaniałym ludziom, Mirek odkorkował butelkę. Po kropelce starczyło dla wszystkich i wypiliśmy uroczysty toast za pamięć o panu Kaczorowskim i za nasze cudowne spotkanie. Zbyszek z Ireną zaprosili wszystkich na kawę i doskonałe ciasto, domowej, sąsiedzkiej produkcji i długo jeszcze opowiadaliśmy swoje dzieje.

      Odnalazłam tych ludzi po 45 latach w cudowny sposób po przeczytaniu „Bambino”. Wiem doskonale, że gdyby nie „Bambino”, nie wiedziałabym nawet co mnie w życiu omija. Jestem wdzięczna za to zrządzenie losu, za emocje jakich dane mi było doznać. Wiem również, że ilekroć będę w Szczecinie, z pewnością zapukam do drzwi moich przyjaciół z dzieciństwa.

                                                             Danuta-Romana Słowik,

                                                             w czasach Piastów 14/4a Jabłońska.

 

Szczecin, 26 maja 2012 roku

 

 

=======================================================

 


Stargard Szczeciński, 25 maja 2012 roku.

 

W Księgarni "Atena" na Osiedlu Tysiąclecia odbyło się moje spotkanie autorskie z czytelnikami. Przedstawiłam trzy książki: "Tułacze losy", "Europa bez granic" oraz "Wierszobranie II" - antologię poetów emigracyjnych,   w której umieszczone są również moje wiersze. Bardzo mile odebrana była poezja emigracyjna. Wybrane przeze mnie wiersze niektórych znajomych mi poetów były bardzo serdecznie przyjęte a fragmenty moich książek wzbudziły duże zainteresowanie i sporo emocji. Po prezentacji odpowiadałam na wiele pytań jakie stawiane mi były z widowni. Interesowano się losami Polaków, którzy w różnych latach naszej historii wyemigrowali z Polski, motywacją, jaka nakłania ludzi żyjących za granicą do pisania wierszy po polsku, funkcjonowaniem środowisk polonijnych w Niemczech.

Gorące podziękowania należą się właścicielkom Księgarni "Atena", paniom Ilonie Kowal i Ewie Madera, które udostępniły pomieszczenie swojej Księgarni i w bardzo profesjonalny sposób zorganizowały to spotkanie.

Artykuł ukazał się w tygodniku "7dni Stargardu" 12.07.2012 roku

 

 

=======================================================

 


 

18 - 20 maja 2012 roku - to święto literatury polskiej w Szczecinie - nagroda, festiwal i targi książki.

Po raz pierwszy przyznano Ogólnopolską Nagrodę Literacką dla Autorki "Gryfia". Kurier Szczeciński przyznał ją Magdalenie Tulli za książkę "Włoskie szpilki". Odbył się również Festiwal Literatury Kobiet przygotowany przez Instytut Polonistyki i Kulturoznawstwa Uniwersytetu Szczecińskiego oraz Targi Książki w których mogłam zaprezentować również moje książki. To wspaniałe przeżycie móc przedstawić własne książki w Szczecinie, moim mieście rodzinnym, które opuściłam ponad 35 lat temu, ale zawsze uważałam za "Moje Miasto".

 

 

=======================================================

 


W niedzielę, 29 kwietnia 2012 roku, w "Gdańskiej" w Oberhausen odbyła się kolejna, trzecia już promocja "Wierszobrania". Tytuł tegorocznego zbioru to "radość, szczęście   i coś jeszcze". I jak co roku, na parę godzin zagościła w "Gdańskiej" poezja. Leonard Paszek wraz z Lucyną Bystrońską-Widerą zaprezentowali prawie wszystkich poetów, których wiersze  ukazały się w tej książce. Zaproszeni na ławeczkę, przysiadywali do nich i czytali swoje wiersze. Jak zwykle w takich chwilach zapomina się odległość dzielącą Oberhausen od Polski. W miłej atmosferze ponownie można było przeżyć spotkanie z Rodakami, z poezją, porozmawiać ze znajomymi i nawiązać nowe kontakty z ludźmi, którzy na ten wieczór zjechali się z najdalszych zakątków Niemiec, doznać wspaniałych emocji. Cała impreza utrwalona została przez zespół PePe-TV i można przeżyć ją ponownie poprzez:

http://www.youtube.com/watch?v=rsx_4bGuYD8

Wieczorem, po programie, redaktor Leonard Paszek przeprowadził ze mną wywiad na temat moich książek: "Tułacze losy" i "Europa bez granic". Wywiad ten także został zarejestrowany przez zespół Telewizji PePe-TV. Można go wysłuchać pod adresem: http://www.youtube.com/embed/eIpi0I7D87g, natomiast kilka przeczytanych przeze mnie wierszy znajduje się na stronie:

http://www.youtube.com/embed/H-F86vC-_XM

 

Zapraszam również do obejrzenia i wysłuchania innych wywiadów, jakie przeprowadził redaktor Paszek z interesującymi Polakami na emigracji. http://www.pepe-tv.de/

 

 

 

 

=======================================================

 


W piątek, 13 stycznia 2012, w Książnicy Stargardzkiej, odbyło się spotkanie literackie, na które zostałam zaproszona przez grupę miłośników kultury polskiej i "polskiego słowa", działającej w ramach Uniwersytetu Trzeciego Wieku. W kameralnej atmosferze, w jednej z sal tej wspaniałej, historycznej budowli, zapoznałam licznie przybyłych gości z poezją i prozą emigracyjną. Zaprezentowałam trzy książki: II Antologię "Wierszobrania", mój debiutancki tomik poezji "Europa bez granic" oraz moją opowieść w dwóch częściach pod tytułem "Tułacze losy".  Zainteresowanie było bardzo duże. Zarówno przedstawione przeze mnie wiersze innych poetów, jak i moje własne, wywołały wsród publiczności wiele emocji. Z dużym skupieniem wysłuchano również kilku fragmentów "Tułaczych losów". Wbrew wszelkim zabobonom, 13 i  piątek, okazały się bardzo szczęśliwe. To pierwsze spotkanie z publicznością w Polsce, było przemiłym doświadczeniem. Poznałam wielu miłych ludzi i mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze nieraz.

Serdeczne podziękowania należą się Panu Bohdanowi Kowalskiego,  pomysłodawcy i głównemu organizatorowi. Choroba nie pozwoliła mu uczestniczyć w tym spotkaniu, tymbardziej dziękuję i życzę szybkiego powrotu do zdrowia.

 

 

=======================================================


 

 2011

Wieczór tematyczny Forum Kultury Polskiej, pod tytułem "Polska poezja i proza emigracyjna", odbył się 12.10.2011 w "GALERII 10" w Karlsruhe, przy Marienstr. 10.

 

W kameralnej atmosferze Galerii 10, starałam się przenieść widzów w świat poezji i prozy. W tej "podróży" towarzyszyli mi moi goście, którzy zaprezentowali wiersze niektórych autorów "Wierszobrania". W programie przedstawiłam bowiem, poza moimi książkami, również antologię "Wierszobrania". Zapoznałam widzów z trzyletnią tradycją , przedstawiając wiersze oraz krótką biografię kilku wybranych poetów, którzy publikowali swoje prace na łamach "Samego życia" w tej właśnie rubryce.

Dalszą część programu przeznaczyłam na zaprezentowanie moich prac. Z tomiku wierszy "Europa bez granic" przeczytałam po jednym wierszu z każdego z czterech rozdziałów. Były więc nastrojowe chwile "Pór roku", opisy niektórych "Kart  z Europy", rozmarzone i nostal-giczne fragmenty "Myśli intymnych" jak również trochę humoru i satyry na zakończenie.

Jako ostatnią pozycję wieczoru przedstawiłam moją książkę pod tytułem "Tułacze losy". Krótko opisując historię powstania tej książki, wprowadziłam widzów w atmosferę tamtych czasów. Przeczytałam kilka wybranych fragmentów, zarówno z pierwszej części, o losach wojennej emigracji, jak i z drugiej części, powojennej. Czytając fragmenty z tej właśnie części, obudziłam wspomnienia słuchających, którzy, każdy na swój sposób, zna doskonale czasy przeze mnie tam opisane. Czasy, które doprowadziły do emigracji tysięcy Polaków u schyłku dwudziestego wieku.

Wszystkie zdjęcia galerii wykonała Pani Dorota Cukierda



 

=======================================================

 


 

24 września 2011 roku odbyła się, w kameralnej atmosferze Restauracji "Gdańskiej" w Oberhausen, promocja książki "Tułacze losy". Promotor, redaktor Leonard Paszek, opowiedział widzom historię jej powstania oraz przekazał swoje wrażenia, jakie ta książka na nim wywarła. Jego recenzja była bardzo pozytywna i wzbudziła duże zainteresowanie moją książką.

 

 

 


Recenzja, która ukazała się w 21 numerze "Samego życia".

 

 


=======================================================

 

 


  21 maja 2011 roku, w Restauracji "Gdańskiej" w Oberhausen,  odbyła się promocja drugiego tomu poezji polskiej pisanej w Niemczech. "Gdańska w tym dniu wydawała się być cała natchniona duchem poezji" - jak określił tę imprezę jej organizator i twórca - redaktor Leonard Paszek.

 

 

 

 

=======================================================

 

 


08 lutego 2011
08 lutego 2011

08 lutego 2011 roku, w Konsulacie Generalnym Rzeczypospoltej Polskiej w Kolonii, ogłoszono wyniki polonijnego konkursu literackiego na prozę. Ze wszystkich nadesłanych prac wyróżnione zostały trzy a moje opowiadanie pod tytułem "Karuzela", znalazło się wśród tych laureatów, co uważam za ogromny zaszczyt.

Wyróżnione przez Jury opowiadanie "Karuzela", jest pierwowzorem do części drugiej "Tułaczych losów", mojej książki, którą przygotowałam już do wydania. Porusza ono zasadniczy wątek emigracyjny właściwie tylko w podtekście. Przygotowując bowiem to opowiadanie do konkursu, skoncentrowałam się bardziej nad formą literacką "strumienia świadomości", wewnętrznego dialogu. Dopiero w mojej książce starałam się ten zasadniczy wątek w pełni rozwinąć. W ten oto sposób powstała kompletna już opowieść w dwóch częściach, która, jako całość, nabiera całkowicie innego sensu. Opinia Jury oraz duże zainteresowanie publiczności, upewniło mnie w przekonaniu, że książka ta z pewnością przypadnie do gustów szerokiej rzeszy czytelników, gdyż właśnie jej główny wątek, emigracyjny, cieszy się dużym zainteresowaniem zarówno Polaków w Polsce, jak i tych, przebywających na obczyźnie. (Więcej na temat książki w rozdziale "Moje zainteresowania - Proza").

Artykuł ukazał się w numerze 4(347) dwutygodnika "Samo życie" 26.02-11.03.2011
Artykuł ukazał się w numerze 4(347) dwutygodnika "Samo życie" 26.02-11.03.2011

Wierszobranie - Poetycki koniec lata

 

 

=======================================================



 2010

"Samo życie" nr 19(335) 25.9-8.10.2010 w rubryce "Z życia Polonii w Niemczech
"Samo życie" nr 19(335) 25.9-8.10.2010 w rubryce "Z życia Polonii w Niemczech

 W restauracji "Gdańska" w Oberhausen odbyły się dwa, bardzo ciekawe spotkania poetyckie, na które przyjechałam, tym razem wraz z Januszem.

11.09.2010 roku, Joanna Duda-Murowski, zorganizowała spotkanie o charakterze polsko - niemieckiego teatru poetyckiego pt. "Pióra i skrzydła". W programie udział wzięli wspaniali poeci a ich twórczość przeplatana była muzyką. Sławomir Olszanowski grał na fortepianie między innymi utwory Chopina, Eligiusz Badura i Aleksandra "Ola" Stegh grali na gitarach. Maria Wilczyńska i Ola Stegh śpiewały a na zakończenie wieczoru, Eligiusz Badura akompaniował artyście z Opery w Bonn, tenorowi, Józefowi Michałowi Linnek, który śpiewał własną poezję.

 

 

 

Tydzień później,

18.09.2010 roku, na spotkanie poetyckie, Janina Subzda-Majchrowka zaprosiła mnie do wzięcia udziału i zaprezentowania moich prac. Wystawiłam wiele olejnych obrazów, którymi udekorowaliśmy scenę oraz salę teatralną. Zaprezentowałam fragment mojej książki pt. "Tułacze losy", którą mam nadzieję w najbliższym czasie wydać drukiem. Pozwoliło mi to zareklamować tę książkę przed przedstawicielami Polonii, których ta tematyka powinna bardzo zainteresować. Ale najważniejszym przeżyciem było przedstawienie moich wierszy. Tym razem, już bez większej tremy, mogłam zaprezentować dość duży wachlarz mojej poezji. Wiersze zostały bardzo mile przyjęte i wiele osób wyraziło swoją pozytywną opinię w bezpośrednich rozmowach. 



=======================================================



Wierszobranie - sierpień 2010

 

W 16 numerze dwutygodnika "Samo życie" ukazał się obszerny fragment mojego wiersza pod tytułem "Europa bez granic" wraz z krótką biografią i zdjęciem. Jest to pierwsza moja publikacja na łamach gazety polskiej, ukazującej się w Niemczech. A oto pełna wersja tego wiersza:

 

 

„Europa bez granic” (20.12.2007)

 

Ostatni raz ciężkie szlabany otwarte

A północ zwiastuje historyczne chwile.

Otwieramy historii najnowszą kartę –

W niedowierzaniu uśmiechamy się mile...

 

                          *          *          *

Podobnie jak wszyscy, ja również popadłam

W zadumę tego zimowego wieczoru.

Ja tej niespodzianki przed laty nie zgadłam,

Myślałam, że niestety nie mam wyboru.

 

Przeżyłam „Grudzień” w moim pięknym Szczecinie,

Widziałam czołgi na szerokich ulicach,

Widziałam jak z rany krew na jezdnię płynie,

Wiem jak gaz łzawiący toczy łzy po licach...

 

Tak w gruzy runęła nadzieja na wolność,

Otwarły się oczy na prawdę straszliwą.

Lecz mała iskierka podsycała zdolność

Poderwania do lotu – czy zmiana możliwa?

 

Uwierzyłam znowu w „Sierpniowym” upale,

Że teraz bezkrwawa walka się powiedzie.

Więc w „Solidarności” walczyłam wytrwale –

Może córki mojej Polska nie zawiedzie?

 

Może spokojniejsze życie będzie miała

A ja bez obawy w jej przyszłość popatrzę?

Ona jeszcze niewinna i bardzo mała,

Może krzywdy sowieckie pamięć jej zatrze?

 

Lecz niestety, znów grudzień plany krzyżuje.

Historia się powtarza, znów czołgi jadą.

Już nikt więcej nic na przyszłość nie planuje,

Już ZOMO na wszystko jest najlepszą radą.

 

Tym razem na zawsze straciłam nadzieję

Przyszłości spokojnej w kraju nie czekając.

Nie wierzyłam, że wiatr przemiany zawieje

Życie za granicą znowa zaczynając.

 

Z tęsknoty za Szczecinem cudu czekałam,

Aż co niemożliwe - możliwym się stało.

Często więc do bliskich do kraju jechałam,

Choć długo czekanie na granicy trwało...

 

  *          *          *

 

Niebo rozbłyska – szampana pijemy,

Północ wybiła i odchodzą strażnicy...

Wreszcie po latach w Europie żyjemy

I do Szczecina jadę nie z „Zagranicy”.

 

 

 


 

 

=======================================================


 

Dni Morza

 

12 czerwca 2010 roku udało nam się wreszcie po kilku latach trafić do Szczecina w czasie obchodów "Dni Morza". Było wspaniale! Byliśmy na koncercie Irlandzkiej grupy taneczno-muzycznej, słuchaliśmy szantów śpiewanych na różnych jednostkach, napotkaliśmy mały straganik Kapitana Żeglugi Wielkiej, Pana  Chrostowskiego sprzedającego tomiki swojej poezji. Nawiązaliśmy z nim bardzo miłą rozmowę otrzymując dedykacje w kupionych książkach. Podziwialiśmy jachty i żaglowce najpierw spacerując wzdłuż nabrzeża przy Łasztowni a następnie mostem pontonowym przedostaliśmy się na drugą stronę Odry. Tam, przy Wałach Chrobrego, przycumowały dziesiątki, różnych, mniejszych i większych jachtów z różnych krajów oraz takie "klejnoty" jak "Dar Szczecina", "Pogoria", "Zawisza Czarny" no i oczywiście "Fryderyk Chopin". Przed tym żaglowcom zbudowana była duża scena i wieczorem odbył się na niej wspaniały koncert "Chopin na Chopinie". Atmosfera była wspaniała - impreza bardzo udana. Powróciły wspomnienia młodych lat, gdy na takich imprezach bywaliśmy co roku.

 

 

=======================================================



Wierszobranie.

 

02.05.2010 w Restauracji "Gdańskiej" w Oberhausen odbyła się prezentacja tomiku antologii polskiej poezji polonijnej pod tytułem "Wierszobranie". W spotkaniu wzięli udział przede wszystkim autorzy prezentowanych w antologii wierszy, jak również wielu innych gości i artystów z Niemiec, Holandii jak i z Polski. Redaktor kolumny w dwutygodniku "Samo życie" propagującej poezję, Leonard Paszek, po wstępnym zapoznaniu się z kilkoma nadesłanymi przeze mnie wierszami, zaprosił mnie do wzięcia udziału w tej imprezie. Z żalem, z powodu pobytu w szpitalu, musiałam z tego zaproszenia zrezygnować. Przesłano mi jednak kilka zdjęć z tego wieczoru. Przyrzekłam sobie, że na następne tego typu spotkanie bezwzględnie pojadę.

 

23-24.05.2010 odbyło się w Herdorf-Dernbach, w "Domu spotkań" Concordia, piąte "Spotkanie Poetów Polonijnych", w którym wzięłam aktywny udział. Był to właściwie mój debiut, gdyż tego wieczoru miałam okazję po raz pierwszy publicznie zaprezentować kilka z moich wierszy. Mimo ogromnej tremy debiut okazał się bardzo udany. Moje wiersze bardzo spodobały się publiczności. Nawiązałam kontakt z bardzo miłymi ludźmi, którzy podobnie jak ja, oddali się pasji pisania wierszy. Było to pierwsze, ale z pewnością nie ostatnie spotkanie tego typu, w którym wzięłam udział. Wreszcie miałam okazję zasięgnięcia fachowej opinii odnośnie moich prac, wymiany poglądów i doświadczeń. Jednym słowem, było to bardzo udane i owocne doświadczenie.

Artykuł z dwutygodnika "Samo życie"
Artykuł z dwutygodnika "Samo życie"