Witam wszystkich miłośników książek!

 

18 maja 2011 roku pojawiła się moja, długo przygotowywana, książka "Tułacze losy". Jest to opowieść w dwóch częściach: "Szpital w zamczysku" i "Karuzela". Pierwsza część oparta jest na fascynujących pamiętnikach mojej babci, druga natomiast na moich własnych wspomnieniach. Całość ilustrowana jest wspaniałymi zdjęciami. Są to pamiątkowe zdjęcia, zachowane w nieskazitelnym wręcz stanie, robione przed wojną na pasażerskich statkach "Kościuszko" i "Batory", w czasie wojny w Szkocji, jak również zdjęcia z czasów powojennych - moich czasów.

Cała książka oparta jest na autentycznych zdarzeniach, zarówno jej pierwsza część mówiąca o podróżach babci jako siostry okrętowej na transatlantykach, jak i o losach polskich pacjentów "Szpitala w zamczysku" w Szkocji, gdzie pracowała w czasie wojny. Starałam się przy tym zachować oryginalny styl pamiętników i ówczesną pisownię. Natomiast druga część, po większej części autobiograficzna, nawiązuje do czasów powojennej Polski. Tłem dla całej tej opowieści są tragiczne losy polskiej emigracji, tułaczki ludzi gwałtem wydartych swoim rodzinom wybuchem II wojny, oraz późniejszej, tej spowodowanej radziecką okupacją...

 "Karuzela", jako oddzielne opowiadanie, wygrało konkurs literacki organizowany przez Konsulat RP wraz z Wydziałem Slawistyki Uniwersytetu w Köln w 2010 roku.

Zapraszam serdecznie do zapoznania się z tekstem umieszczonym na tylnej stronie okładki książki, oraz z krótkimi fragmentami pierwszej części.

Wszystkich zainteresowanych moją książką proszę o kontakt. Poinformuję wówczas bezpośrednio o możliwości jej nabycia.

 

                                                Przyjemnej lektury życzy Danuta-Romana Słowik                                                                           

 

Tekst na obwolucie książki

 

W latach trzydziestych 20 wieku ciężko było, kobiecie samotnie wychowującej dorastające córki, zapracować na życie. Akompaniament fortepianowy w niemych kinach, czy pisanie krótkich utworów literackich nie wystarczało na godną egzystencję. Wówczas to otworzyła się zupełnie nowa perspektywa – Polska pojawiła się na morzach świata. Zaczęła rozwijać się Gdynia z pierwszym polskim portem morskim. Na statkach pasażerskich szukano pracowników i w ten oto sposób moja babcia rozpoczęła pracę jako „Siostra okrętowa” na polskich „Pasażerach”. Początkowo „Kościuszko” a potem „Batory” stały się dla niej drugim domem i wielką przygodą. Kiedy wreszcie życie wydawało się stabilizować, nadeszła największa katastrofa – wojna! Gdy 26 sierpnia 1939 roku „Batory” z moją babcia na pokładzie wychodził w morze, nikomu nawet przez myśl nie przeszło, że nigdy już nie będzie jej dane powrócić do Polski. Rozpoczęła się długa tułaczka na wygnaniu uwieńczona ciężką pracą w „Polskim Szpitalu Wojskowym” w Szkocji. Tam napisała swoje wzruszające pamiętniki oparte na notatkach z licznych rejsów transatlantykami oraz z okresu pracy w „Szpitalu w zamczysku”. W drugiej części, autobiograficznej, opisuję czasy PRL,  w których nawet opublikowanie pamiętników emigranckich nie było możliwe. Czasy, które przyczyniły się do ponownej, masowej emigracji Polaków pokolenia już powojennego, mojego pokolenia.

 

 

 

<<Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone>>

    "Tułacze losy"

                                               Szpital w zamczysku

                                                        (fragment)

 

 

Było to w roku 1957 – południe, piękna, słoneczna pogoda. U drzwi wejściowych zadzwonił dzwonek. To goniec z poczty:

                - „Telegram z zagranicy”.

Mama pokwitowała odbiór i weszła z telegramem do stołowego pokoju. Na arkuszu papieru przyklejone były paski z dalekopisu. Mama przeczytła uważnienie tekst, podniosła smutne oczy i usiadła przy stole. W pokoju zawisł niepokój. Ponownie przeczytała wiadomość i przez łzy cicho powiedziała, że babcia zmarła.

Telegram przyszedł z Manchesteru. Do tej pory dostawaliśmy tylko listy lub paczki ze wspaniałymi rzeczami od „babci z Anglii” - ale telegram? Mając 5 latek nie bardzo wiedziałam co znaczy taka wiadomość - ale zdawałam sobie sprawę        z tego, że stało się coś nieodwracalnego. W domu zapanował nieopisany smutek... Również nie wiedziałam wówczas dlaczego mama nie będzie mogła pojechać nawet na pogrzeb...

Po pewnym czasie zaskoczyło mnie, że znowu przyszła paczka z Manchesteru - czyżby znowu od babci? Czy to znaczy, że nie umarła?

Niestety, to nie od babci. Jej współtowarzysz życia przesłał mamie prywatne pamiątki, które po babci pozostały. Różne rzeczy były w paczce, ale dla mnie najciekawsze były albumy ze zdjęciami. Czegoż tam nie było! - przepiękne zdjęcia statków pasażerskich, egzotycznie wyglądajace porty, wzburzone morze, góry lodowe, ale również zamczyska i ogrody w Szkocji oraz wiele, wiele twarzy. Przy albumach była jeszcze tajemnicza, papierowa teczka, w której schowany był dziwny, duży zeszyt. Na wierzchu obrazek rysowany piórkiem przedstawiający to samo zamczysko, co na zdjęciach w albumie a w środku niezliczona ilość zapisanych stron.

- "Co to jest - mamo?"

- "Zostaw Danusiu, jesteś za mała, żeby to zrozumieć. Kiedyś, jak będziesz duża, przeczytasz to sobie sama. To jest książka, którą napisała twoja babcia"

Któregoś dnia wpadła do nas jak burza nasza sąsiadka - przyjaciółka mamy. Cała we łzach, szlochając, rzuciła się mamie na szyję.

- "Krysiu, dopiero teraz, po tylu latach, z tej książki dowiedziałam się jak umarł i gdzie jest pochowany mój brat. Do tej pory uważaliśmy go za zaginionego żołnierza, który walczył w czasie wojny, gdzieś w zachodniej Europie. Twoja mama pielęgnowała go w szpitalu aż do śmierci. Dzięki niej wiem jak umarł... Krysiu, tę książkę trzeba za wszelką cenę spróbować wydać drukiem, może inni odnajdą ślad swoich bliskich, podobnie jak ja..."

Pamiętam starania mojej mamy i ciche rozmowy moich rodziców o tym, jakie trudności wynikały w związku z wydaniem tej książki. Jakieś wydawnictwo podjęłoby się nawet tej pracy, pod warunkiem jednak, że oryginał zostałby znacznie zmieniony i oczywiście pozostałby u wydawcy. Nie można było bowiem wydać książki, która oparta była na pamiętniku osoby przebywającej w czasie wojny na zachodzie. To nie pasowało przecież do współczesnej literatury Polski Ludowej! Mama, w porozumieniu ze swoją siostrą, nie zdecydowała się na bezpowrotną stratę tego rękopisu i na kłamliwą przeróbkę jego treści.

Kilka lat później zmarła tragicznie mamy siostra, ciocia Irenka. Książka, jako jedyna pamiątka rodzinna, pozostała  u mamy w szufladzie na wiele, wiele lat. Po jakimś czasie zapomniałam o niej...

Życie moje potoczyło się własnymi drogami. Mając 21 lat opuściłam dom rodzinny i założyłam własną rodzinę. Od wielu lat mieszkam za granicą. Czasy jednak bardzo się zmieniły - nie ma żadnych problemów w poruszaniu się po świecie. Nawet na połączenie telefoniczne do kraju nie trzeba czekać godzinami, jak przed laty, kilometry "skróciły" się i często odwiedzamy rodzinę w kraju.  Mama bardzo przeżyła nasz wyjazd, ale po pewnym czasie, wiedząc, że w każdej chwili możemy się zobaczyć, uspokoiła się trochę. Była bardzo szczęśliwa, że życie moje, jak  i mojej siostry przebiega spokojnie, że mamy rodziny i żyjemy             w znacznie bezpiecznejszych czasach niż te, w których dane było jej spędzić swoją młodość. Miała jedyne, największe marzenie -  raz jedyny móc odwiedzić grób swojej matki w Manchesterze... Kiedyś, będąc u mnie w odwiedzinach stwierdziła, że chyba już nigdy nie wybierze się za granicę dalej jak do mnie, ale ja z pewnością kiedyś pojadę do Wielkiej Brytanii i złożę w jej imieniu kwiaty na grobie babci.

Powiedziałam jej wówczas, że z pewnością uda nam się kiedyś pojechać tam razem... Tak to jest, kiedy człowiek jest jeszcze relatywnie młody. Wydaje mu się, że jeszcze wszystko, co zaplanował, zdąży w życiu zrealizować. Czas upływa jednak nieubłaganie szybko...

Któregoś pięknego, letniego dnia zadzwonił telefon, przy aparacie była moja siostra:

-„Właśnie przyszedł telegram ze szpitala - mama przed chwilą zmarła...”

I znowu to nieznośne uczucie, że stało się coś nieodwracalnego, niczego nie zdąży się już nadrobić. Również do Wielkiej Brytanii nigdy już razem nie pojedziemy  - ten rozdział został definitywnie zamknięty razem z jedną rozmową telefoniczną ze Szczecina...

Po pogrzebie byłam razem z siostrą jeszcze raz w mieszkaniu mamy - najtrudniejsza wizyta mojego życia. Niby wszystko po staremu, tylko gospodyni domu nie ma... W szufladzie regału leżały albumy ze zdjęciami i rękopis babci. Siostra zaproponowała mi, abym wzięła sobie coś na pamiątkę. Zdziwiona, że nie chcę niczego innego nie miała nic przeciwko temu, że wybrałam stare albumy       i pamiętnik babci. Po powrocie do domu zaczęłam przeglądać znane mi już od dzieciństwa zdjęcia i ze spokojem zabrałam się wreszcie za czytanie rękopisu, który przeleżał w szufladach ponad 50 lat. Na pierwszej stronie, wyblakły trochę szkic zamczyska przeniósł mnie natychmiast w tamte czasy i nie sposób było oderwać się od tej lektury, aż do ostatniej strony.

 

                                                    *        *       *

 

 

 

 

      . . .

 

                                               (Wspomnienia siostry P.C.K)

                                               Moim ukochanym Córkom

                                                         Irence i Krysi

                                     Książkę napisaną w czasie rozłąki poświęcam

 

 

 

                                                    Zamiast przedmowy

          ...A gdzie Siostra byla do czasu wojny?

     - Na statku. Przez pięć lat pływałam po całym świecie, jako Siostra Okrętowa.

          - To znaczy, gdzie?

          - Byłam w Ameryce Północnej i Południowej, w Afryce, kilkanaście razy  w Palestynie, a pozatem „Kościuszko” okrążył całą Europę, podczas niezwykle ciekawej wycieczki „Dookoła Europy”. Byliśmy wtedy i na Malcie, jako pierwszy statek pasażerski. Widziałam Valettę,- przepiękne miasto w którym podziwiałam wspaniałe kościoły, oraz groby maltańskich rycerzy.

       - To musi być ciekawe tak ciągle podróżować. Prawda, Siostro?

       - Bardzo ciekawe. Ale jednocześnie ma i złe strony taka wieczna włóczęga, bo człowiek odczuwa ciagły głód przestrzeni. Na lądzie nie potrafię się nigdzie zaklimatyzować. Zawsze mi morza brakuje i tych wrażeń, jakie dają nowi ludzie, nowe kraje i egzotyczna przyroda.

           - Czy nie tęskniła Siostra za Polską?

        - Boni! Jak pan może o to pytać?! Czy wyglądam na takie bezduszne stworzenie które nie potrafi uwielbiać swojej Ojczyzny? Które nie uważa jej za najpiękniejszą? Tęskniłam zawsze za krajem. Nieraz, - te wszystkie przepiękne widoki zamieniłabym na widok jakiejś małej, polskiej wioski.

           - Niech mi pan wierzy, Boni, że nigdy najwspanialsze ogrody botaniczne, nie były w stanie zaćmić wspomnienia polskiego lasu, pola lub łąki. Polska jest najpiękniejszym krajem na świecie! Nigdy nie pomyślałam o tem żeby osiedlić się gdzieś poza krajem. Nie mogłabym się czuć szczęśliwa na obcym gruncie. Te wszystkie cuda przyrody zdumiewają człowieka, - wprost nie chce się wierzyć że coś podobnego istnieje, ale można się tym zachwycać tylko przelotnie, bo najpiękniej jest tam gdzie są bliscy, - gdzie się spędziło dzieciństwo. Tam każda piędź ziemi jest droga, - bo swoja!

       Boni przymyka oczy i po chwili mówi cicho:  

           - Ja także chciałbym widzieć te wszystkie piękne kraje i dlatego proszę sobie przypomnieć wzystko, od chwili gdy Siostra poszła na okręt. I jak będzie chwila czasu proszę mi opowiedzieć o tych podróżach, o ludziach, których Siostra spotkała i o tym  życiu, które chciałbym poznać. O życiu włóczęgów,- ludzi morza, którym dane jest widzieć tak wiele; którym dane jest przebywać coraz to nowe przestrzenie i spotykać nowych ludzi. Różne rasy,- różne charaktery. Proszę pomyśleć jak przyjemnie byłoby pacjentom Siostry przeczytać takie wspomnienia. Mieliby wrażenie że także tam byli i w ich smutnym, starym życiu mogłoby im się zdawać że odbywają te wszystkie podróże. Razem z Siostrą.

 

              - Boni do czego pan zmierza?

           - Do tego żeby Siostra napisała książkę o swoim życiu. O wrażeniach       z podróży,- o naszej tułaczce i o swoich pacjentach. Żeby  to była książka i o szpitalu w Szkocji. O tych ludziach przykutych do łóżek i o Siostrach które ich pielęgnują.  A przede wszystkim,- o tej Siostrze na którą teraz patrzę. To byłoby naprawdę ciekawe.

A widząc że się waham, dodaje:

           - Ja bardzo proszę o taką książkę!... Będzie ona miłem wspomnieniem dla nas wszystkich, tu, na wygnaniu,- gdy opuścimy szpital – i po powrocie do kraju.

Milczę. Przecież niemam prawa powiedzieć, że Boni tej książki nie będzie czytał... że nie wróci do Polski...

Boni nie wie że jest beznadziejnie chory, gdyż wszyscy to przed nim ukrywamy. Ale jednocześnie zastanawiam się nad tym że powinnam opisać swoje podróże oraz życie tych biedaków których pielęgnuję,- jeśli Boni tak bardzo o to prosi.

    Tylko że trzeba będzie porozrywać te wszystkie rany które się zabliźniły. Trzeba będzie z księgi życia wydobyć jeden rozdział do którego już nie powinnam powracać. Wspomnienia. Kiedyś, napisałam o nich w swoim pamiętniku.

         -„Gdyby mnie ktoś zapytał co to są wspomnienia, odpowiedziałabym bez wahania że jest to anatomiczna sekcja, którą chirurg Czas dokonywa na sercu żyjącego człowieka. I dlatego są takie bolesne.”

Postanawiam przypomnieć sobie to wszystko co już minęło,- o czym starałam się niepamiętać. A widząc że Boni nie spuszcza ze mnie wzroku, jak dziecko które pragnie nowej zabawki,- przyrzekam mu solennie że napiszę powieść o którą prosi i dam jej tytuł:

                                 „Szpital w zamczysku.”

                                                                                                         ( . . .)